94. Odważ się, śnij, tańcz, uśmiechaj się i śpiewaj głośno! I miej wiarę, że miłość jest siłą nie do powstrzymania! – Suzanne Brockmann. 95. Prawdopodobnie zauważyłeś, że kiedy ktoś się do ciebie wita lub uśmiecha, twoją automatyczną reakcją jest przywitanie się lub odwzajemnienie uśmiechu. — Shawn Achor. 96.
Można bez końca patrzeć na ten niesamowity uśmiech!Od razu widać, kiedy pies jest szczęśliwy. Mruczy z radości, patrzy na ciebie ze szczerym uwielbieniem i z pewnością merda ogonem. Ale czy znasz psy, które naprawdę się uśmiechają?Ten uroczy pitbull nie przestaje się szeroko uśmiechać po tym, jak miał szczęście opuścić schronisko. Spójrz tylko na tego niesamowitego
Jakiś czas temu zmieniły się wymagania w zadaniach (wszystko jest w tym temacie) Teatr Monticolo (93 lvl) 50 -> 93 2020.11.11 22:12:48: Ocena: 2 cytuj |
Kiedy piękna kobieta do ciebie mówi, uśmiechnij się, ale jej nie słuchaj. Kiedy robisz łaskę, nie licz na nagrodę, kiedy szukasz nagrody, nie wyrządzasz łaski. Kiedy się nikogo o nic nie prosi, wszyscy wydają się uczynni. Kiedy spotyka cię łaska, myśl o przyszłej zniewadze, a w czasie spokoju, pamiętaj o niebezpieczeństwie.
Uniwersytet Warminsko-Mazurskie w Olsztynie. Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zobacz wszystkie instytucje. Prawo rzymskie. Prawo rzymskie (hispr-p-03) Pedagogika specjalna (11-E12-p) Wstęp do Językoznawstwa (Ib2) psychologia poznawcza.
potem gaśnie za sobą wlokąc warkocz różowy. ciemniejący na wietrze nocy groźnej i chłodnej. Halina Poświatowska - te trochę garderoby. i te ręce - i usta co nie są już głodne. fi nagle twoje ręce. i nagle twoje ręce. dwie grzędy fiołków. w ugorze mojej myśli. czas skostniały.
A1tqus. W Hospicjum św. Jana Ewangelisty w Szczecinie poznajemy trzech mężczyzn. Ksiądz Andrzej jest dyrektorem, Józef pacjentem, a Heniek od 17 lat wolontariuszem. Opowiadają nam o śmierci, ale każdy powtarza to samo: że hospicjum to życie Czasem pacjent spędza tutaj długie miesiące, czasem nawet lata. Jak pan Miecio, który u "Jana Ewangelisty" jest już ponad cztery lata. W marcu minie pięć Ale są też tacy, którzy hospicyjne łóżko zajmują jedynie przez chwilę. Czasem są to godziny. Czasem jednak czasu jest jeszcze mniej. Zawsze za mało Więcej takich historii znajdziesz na stronie głównej Wydaje się, że wszystko jest gotowe na święta. Kolorowe łańcuchy, światełka, skrzaty na korytarzach. Ale korytarze są puste. Co jakiś czas pojawia się na nich kobieta w średnim wieku. Przed sobą pcha wózek. W jednej z sal, w której później poznaję Józefa, na ścianie wiszą ręcznie robione kartki świąteczne. — Od dzieci ze szkoły specjalnej. Ja to mówię, że bieda biedę pociesza — rzuci lekko Józef. Kiedy odwiedzam Hospicjum św. Jana Ewangelisty w Szczecinie, przebywa w nim 24 pacjentów. Kolejnych ponad 90 jest we własnych domach. Dojeżdża do nich zespół specjalistów: lekarz, pielęgniarka, psycholog. — To jest zresztą nasz cel, by jak najwięcej pacjentów było w domach. To dla nich po prostu lepsze — mówi ks. Andrzej Partika, który od półtora roku jest dyrektorem Hospicjum. Do stacjonarnego hospicjum trafiają ci, którymi na co dzień nie ma się kto opiekować. Albo kiedy rodzina już nie daje rady. Choć z tym bywa różnie. Są tacy, którzy nie chcą przyznać, że nie dają rady. Oddanie bliskiego do hospicjum wydaje im się złe. Niemoralne. — Czują wyrzuty sumienia. Ludzie mają błędne postrzeganie hospicjum. Wydaje im się, że to krzyki bólu i śmierć. Ale u nas najważniejsze jest życie — mówi duchowny. Hospicjum św. Jana Ewangelisty w Szczecinie Czasem pacjent spędza tutaj długie miesiące, czasem nawet lata. Jak pan Miecio, który u "Jana Ewangelisty" jest już ponad cztery lata. W marcu minie pięć. Ale są też tacy, którzy hospicyjne łóżko zajmują jedynie przez chwilę. Czasem są to godziny. Czasem jednak czasu jest jeszcze mniej. Zawsze za mało. — Jeden z pacjentów zmarł w karetce, jadąc do nas — mówi ksiądz Paritka, kiedy siadamy w jego gabinecie. W rogu zalegają kartony z rzeczami do świątecznych paczek. Na ścianie wisi karykatura ks. Partiki. Od razu widać, że to on. Krótko ścięty, w okularach. W lekko zadartą sutanną stoi pośrodku boiska z piłką. Tak widział go jeden z pacjentów, który stworzył karykaturę. — Gra ksiądz w piłkę? — pytam. — Bardziej biegam, ale piłkę też lubię. Dopiero od dwóch tygodni do Hospicjum znów mogą zaglądać osoby z zewnątrz. Wcześniej cała placówka była objęta kwarantanną. Ktoś przyniósł covid. Zakazili się pacjenci. Wśród nich Józef, nad którego łóżkiem podziwiałam świąteczne kartki. — Powiem pani, że ja przeszedłem tego covida całkiem nieźle. Nie miałem duszności, nic nie bolało. Ale to może dlatego, że my dostajemy tę... — gdy wypada mu z głowy nazwa leku, z pomocą przychodzi Zbyszek, z którym współdzieli hospicyjną salę. — Morfinę. — Tak, morfinę — przytakuje Józef. — Ciekawe, czy to będą podawać nam już do końca? Bo ból czasami był okropny. Ale leki pomagają. Józef do hospicjum trafił w czerwcu tego roku. Jeszcze trzy miesiące wcześniej był na statku, na Atlantyku. Z dnia na dzień wylądował jednak w szpitalu w Houston. Brzuch bolał tak, że myślał, że umiera. Kiedy się obudził, był już po operacji. Usunęli mu część żołądka. Diagnoza: nowotwór. W szpitalu w Szczecinie lekarze usunęli już cały żołądek. Nowotwór okazał się złośliwy. — Może w Stanach zrobiliby inaczej? — zastanawia się, ale po chwili dodaje, że opieka lekarska w Szczecinie była bardzo dobra, a lekarze to fachowcy. — Tylko opieka inna, bo inne pieniądze za tym idą, wiadomo. Decyzję o przeniesieniu do hospicjum podjął razem z żoną. Oboje są po 60. On był coraz słabszy, ona coraz bardziej zmęczona i bezradna. Kiedy Józef mówi, splata szczupłe palce na piersi. Zwracam uwagę na to, jak bardzo są chude. 54 kilogramy — tyle waży w tej chwili. Jeszcze w marcu było 85. — Przytycie to teraz mój cel. Każdy kilogram to dodatkowa siła. Foto: Alicja Wirwicka / Onet Hospicjum św. Jana Ewangelisty w Szczecinie Kiedy pytam o święta, macha ręką. — Szczerze? Wolałbym, żeby moi bliscy odwiedzili mnie po świętach. Zresztą, my nigdy nie lubiliśmy tłocznych świąt. Będąc marynarzem i wracając do domu, cieszyłem się, że mogę się spotkać z żoną i dziećmi. Z wujkami, kuzynami to nawet człowiek nie ma o czym gadać. I powiem pani szczerze, że my się moją chorobą nie chwalimy. Wiedzą ci, którzy muszą i niech tak zostanie. A najbliżsi, jak żona, mogą go odwiedzić już po Bożym Narodzeniu. Kiedy będzie spokojniej, mniej tłoczno. Chociaż wciąż nie do końca wiadomo, jak same święta będą wyglądały. Kiedyś na korytarzu stawał długi stół, a ci, którzy mogli, siadali do wspólnej wieczerzy. Ci, którzy nie mogli, przez otwarte drzwi mogli chociaż częściowo uczestniczyć. Były rodziny, bliscy. Ale znów covid pokrzyżował wszystko. Odwiedzin teoretycznie nie ma. Nie było od początku pandemii. — Ale, po prawdzie, to sami dzwoniliśmy do rodzin, że powinni przyjechać. Że to już czas na pożegnanie. Chwila na to, żeby być blisko — tłumaczy ks. Partika. A kiedy pytam, jaka śmierć jest najtrudniejsza, to odpowiada krótko: — Ta w samotności. Czasem jednak bliscy nie zdążą dojechać. Wtedy przy pacjencie jest ktoś z personelu. — Myślę, że dla katolika śmierć jest łatwiejsza do zaakceptowania. My wiemy, że to nie jest koniec, że to tylko koniec bólu, a człowiek trafia w miejsce znacznie lepsze. Foto: Hospicjum św. Jana Ewangelisty w Szczecinie / Materiały prasowe Hospicjum św. Jana Ewangelisty w Szczecinie Ale do hospicjum nie trafiają tylko katolicy. Część nie chce nawet słyszeć o spowiedzi. — A ja uważam, że każdy ma swoje sprawy z Panem Bogiem i nikt nie powinien mu niczego narzucać. Spowiedź w wannie Henryk, Heniek, Henio. Każdy woła na niego inaczej. Na ścianie oddziałowego korytarza wisi jego portret. Dziwne, żeby go nie było, skoro sam Henio jest właściwie od zawsze. —Henio to lepszy ewangelizator niż ja sam — żartuje ks. Partika. Faktycznie. Kiedy rozmawiamy, Henryk dużo mówi o Bogu, wierze, nawróceniu. — Wiesz co? Wykąpię faceta i do was dojdę — rzucił Marek któregoś razu po pracy. To było 17 lat temu. — Gdyby powiedział "ojca", "dziadka", "brata" to pewnie bym puścił to mimo uszu. Różnie się w życiu dzieje. Ale on powiedział "faceta" i to zwróciło moją uwagę — opowiada dziś Heniek. Foto: Hospicjum św. Jana Ewangelisty w Szczecinie / Materiały prasowe Hospicjum św. Jana Ewangelisty w Szczecinie To Marek zabrał Heńka po raz pierwszy do hospicjum na kąpanie. Teraz tak spędza każdą sobotę. Od poniedziałku do piątku pracuje jako kierowca autobusu miejskiego. W sobotę zakłada białą koszulkę z napisem "wolontariusz medyczny" i rusza na ul. Pokoju. — Wiesz, jak sprawić, żeby łaźnia nie była łaźnią, a wanna wanną? — pyta w pewnej chwili Heniek. Kiedy zaprzeczam, uśmiecha się lekko. Przez chwilę milczy. Z Heńkiem rozmawiamy w bibliotece. Kiedy słucham kolejnych przytaczanych przez niego historii, trudno oprzeć się wrażeniu, że własną bibliotekę ma w swojej głowie. Pełna jest opowieści o bólu, śmierci, ale przede wszystkim o życiu. I wierze. Ona jest dla niego niezwykle ważna. Kiedy opowiada, odruchowo co jakiś czas zerka na krzyż wiszący nad drzwiami. Zimna woda W soboty kąpana jest "Marta". Każda sala ma tutaj swojego patrona. Jest św. Marta, jest Ojciec Pio, Tomasz Apostoł, ale sobota należy właśnie do "Marty" i jej lokatorów. Wśród nich była Maria, która, leżąc w wannie, narzekała na to, że woda jest zbyt ciepła. Wciąż i wciąż. — Ale ona już jest strasznie zimna — Heniek nie mógł zrozumieć. — Nie, teraz jest idealna. Jak w domu. Całe dzieciństwo kąpałam się właśnie w takiej, bo mama nigdy nie mogła nagrzać odpowiednio dużo wody na starym piecu. Dobrze jest do tego wrócić. Heniek uśmiecha się lekko na to wspomnienie. Inne dotyczy Waldka i szachów. O wspólnej pasji do gry też dowiedzieli się podczas kąpieli. Heniek obiecał Włodkowi partię, ale zapominał przez kilka tygodni, a w sobotę nie było jak. Za dużo pracy przy kąpieli. Pojechał w końcu w któryś wtorek. Na łóżku deska, na niej. Kawa dla Henia, herbata dla Waldka. Dwa rodzaje ciastek. I zacięta rywalizacja. — Waldku, ograj Henia! — zawołał ksiądz, który akurat zajrzał na salę. — Ani myślałem dać się ograć! Choroba chorobą, ale rywalizacja musi być uczciwa! — wspomina Henryk. I wygrał, obiecali sobie rewanż. — A później przyszła sobota, przyjechałem na kąpanie. Podchodzi ksiądz i mówi mi, że zawaliłem sprawę. Przestraszyłem się, że zrobiłem coś złego. Waldek zmarł niedługo po rozegranej partii szachów. — Powiedział, że żałuje jedynie tego, że nie zdążył się zrewanżować. Była też Krysia, która nienawidziła własnego męża. Męża, który był katem. — Jej córka opowiadała mi, jak rzucał w nią nożami, gdy leżała w łóżku. Była małym dzieckiem. A Krysia powtarzała wciąż, że żył jak sku... i umarł jak sku... Trzy dni przed śmiercią zdecydowała się na sakrament spowiedzi. Albo Krzysztof. Ratownik wodny. Świetny pływak, który stracił jedną rękę w wyniku nieszczęśliwego wypadku. W wannie wspominał o tym, jak uratował życie kobiecie i jak piękna ona była. Jak tęskni za pływaniem, swobodnym unoszeniem się na wodzie. — Wystarczyła odrobina więcej wody i dłoń podłożona pod kark. Pamiętam wyraz jego twarzy. Pływał — Heniek zmienia pozycję na kanapie i przeciera dłonią twarz. Bierze głęboki oddech. — Niby zwykła wanna, a stała się miejscem dobrych wspomnień. Takie historie są niesamowite. Są istotą obecności tutaj. W tej wannie jest rozmowa, czasem sakrament pokuty. A to niby zwykła czynność. Kiedy pytam o to, jak radzi sobie ze śmiercią, nie waha się długo. — Tak po ludzku jest to smutne. Ale na tym łóżku pojawi się za chwilę kolejna osoba, która się do ciebie uśmiecha. I zaczynamy nową historię. Nowa historia się toczy. I to jest życie. "Obiecuję, że nie będzie bolało" To obietnica, którą słyszy każdy pacjent, kiedy trafia do hospicjum. Tyle właściwie można zrobić. Brak bólu, dobre ostatnie chwile, małe przyjemności. — To było i wciąż bywa trudne, ale my się tutaj nie skupiamy na śmierci, tylko na życiu. Na prostych, codziennych sprawach. Na grillu na tarasie latem, świętach. Na tym się skupiamy. Nie na tym, kiedy ktoś odejdzie. Dziś jest dziś i ten dzień ma być dobry dla tych ludzi. Foto: Hospicjum św. Jana Ewangelisty w Szczecinie / Materiały prasowe Hospicjum św. Jana Ewangelisty w Szczecinie Dlatego na oddziałowym korytarzu czuć gryzący dym papierosów. Dochodzi z brudownika, który jest nieoficjalną palarnią. Tu nikt nie broni zapalić papierosa ani napić się piwa. — To wydaje się nietypowe — mówię. — Zwłaszcza w ośrodku prowadzonym przez księży — uśmiecha się ks. Partika. — Ich komfort jest priorytetem. Lekarze stają na głowie, żeby nic nie bolało. Pielęgniarki, które są na każde zawołanie. Wolontariusze, którzy przychodzą po pracy, żeby pomóc. Jak pan Henio czy osoby, które przychodzą, żeby np. obrać ziemniaki. Bo nie każdy musi być przy chorym. Są różne wymiary tego wolontariatu. Jest też grupa pań w wieku emerytalnym, które przychodzą cyklicznie do magla. Nawet kiedy na latem jest 40 st. C. Śmierć działa według własnego planu Ksiądz Partika podczas naszej rozmowy często powtarza, że hospicjum to nie jest śmierć, tylko życie. — Najtrudniej jest wtedy, gdy rodzina przestaje się interesować tym człowiekiem. Zdarzały się sytuacje, kiedy ktoś przywiózł chorą mamę i nie powiedział jej nawet, że to jest hospicjum. Powiedział: zostaniesz tutaj na tydzień leczenia i wrócisz do domu. Nie wróciła, czuła się porzucona. — Myśli ksiądz, że boją się powiedzieć? — Wolę myśleć, że tak. Zderzenie z chorobą może być bardzo trudne. Boję się myśleć, że takie sytuacje mogą wynikać ze złej woli. Są dni, kiedy nie odchodzi nikt. Ale są też takie, kiedy śmierć zabiera pacjentów parami. To w większości osoby starsze, choć ostatnio zmarł 29-latek. Młody mężczyzna, który miał całe życie przed sobą, przegrał walkę z wirusem HIV. Są też pacjenci, których dzieci są w wieku szkolnym. Foto: Hospicjum św. Jana Ewangelisty w Szczecinie / Materiały prasowe Hospicjum św. Jana Ewangelisty w Szczecinie — Tych historii jest tutaj tak wiele, że trudno byłoby mówić o jednej czy nawet kilku. Każda z tych osób ma swój bagaż doświadczeń, swoją własną opowieść. Śmierć zawsze jest dramatem. Zwłaszcza dla tych, którzy zostają. Wszyscy mamy potrzebę kochania i bycia kochanym. Kiedy odchodzi osoba bliska, w nas zostaje pustka. Bliskość. To słowo, które też często pada podczas naszej rozmowy. Zwłaszcza w kontekście samego odchodzenia. — Właściwie nikt nie chce odchodzić w samotności. Może promil naszych pacjentów nie życzył sobie nikogo podczas odchodzenia. Większość potrzebuje w tym czasie bliskości.
Wirtualny zestaw Złóż zestaw z przedmiotów dostępnych na stronie dodając je poprzez kliknięcie na nie prawym przyciskiem myszy.
(99 lvl) Kiedy Śmierć się uśmiecha... Rozpoczynamy questa u Biuletyn w Eder (21,38) Dowiadujemy się o morderstwie, który był obok domu Schadzek. Idziemy do Kapitana Straży (Fortyfikacja - Fort Eder) Następnie kierujemy się do Handlarza Anareta (29,39) i pokazuje nam kartę Kupujemy od niego kartę za 5 tysięcy złotych monet i szukamy kogoś, kto opowie nam więcej o tajemniczym morderstwie. Kierujemy się do Thelann (41,61) i musimy jej zapłacić jeśli wybierzemy 1 tysiąc złotych monet - obrazi się i musimy czekać około 5 minut. Wchodzimy do Domu Schadzek i rozmawiamy z Madame Baterflaj o morderstwie. Kierujemy się na piętro i rozmawiamy z Niunią (21,26) Niunia wyszła i przeszukujemy jej pokój. Podchodzimy pod skrzynię (15,6) i znajdujemy w niej kolejną kartę Musimy znaleźć osobę, która zna się na kartach. Lecimy do Wielki Szu (Karczma pod Posępnym Czerepem 5,15), który kieruje nas do wróżki. Rozmawiamy z Wieszczką Sarą (Torneg 71,55), która mówi nam zagadkę "Iść tropem Błazna? Co Sara miała na myśli?" Biegniemy do Certka (Pogrodzie Nithal 34,49), któremu nie pokazujemy kart i lecimy do Burmistrza Eder (dom Burmistrza 5,6), który nas zabija. Rozmawiamy z Hersztem Rozbójników (Grota Złoczyńców 26,44) i musimy odnaleźć ślady zamordowanych cyrkowców między Eder a Mythar. Kierujemy się do Złowrogich Bagien i podchodzimy pod bukiet kwiatów (79,3). Następnie pojawia się wizja. Musimy znaleźć osobę, która przyglądała się nam - Toby Żywy Szkielet (24,22). Teleportuje nas na Liściaste Rozstaje, 15 lat wcześniej i kierujemy się ścieżką. Tym razem znajdujemy się w Złowrogich Bagnach i wchodzimy do Wozu. Podchodzimy pod karty (8,6) i widzimy kolejne karty. Na polanie dzieję się coś strasznego, wychodzimy a tam wszyscy zostali zamordowani! Podchodzimy pod Błazna (22,9) i słyszymy straszny śmiech! Kierujemy się do gnomów (4,19) i jesteśmy nieprzytomni. Po obudzeniu się rozmawiamy z gnomami (1,19) i nie obrażamy ich wtedy dostaniemy Zaufanie Gnoma, kiedy zamienimy słowo z Tobym pokazuje nam kartę wisielca. Kierujemy się do Kapitana Eder. a) jeśli powiemy mu całą prawdę - kończymy zadanie u niego. b) jeśli powiemy mu garść prawdy - zadanie kończy się u Cyganki oraz otrzymujemy dodatkowo 50 punktów honoru. Dzięki za zajrzenie! :)
W kuchni małego domku we wsi Bachowice, niedaleko Wadowic, w upalne, czerwcowe popołudnie Sabina, żona Janusza, szypułkuje w kuchni truskawki. Będą z nich weki. – Janusz uwielbiał, gdy w środku zimy do niedzielnego obiadu podawałam kompot truskawkowy – uśmiecha się smutno. – Mama, ja też lubię kompocik – woła 7-letnia Klaudusia, która właśnie wbiega do kuchni. Dziewczynka zabiera swoją piłkę i zmyka na podwórko, gdzie czekają koleżanki. – To dla niej walczyłam o te pieniądze z odszkodowania – Sabina spogląda za córką. – Ktoś pomyśli może, że 250 tys. to dużo, ale ile kosztuje wychowanie i wykształcenie dziecka? A ja chcę, żeby Klaudia skończyła dobrą szkołę, studia. To łączy się z wyjazdem z naszej wsi, pieniędzmi. Chcę, żeby miała to samo, co jej rówieśnicy: kino, wycieczki szkolne, w miarę przyzwoite ubrania, zadbany dom. Ja pracuję w kuchni hotelu w Krakowie, zarabiam nieco ponad 1000 zł. Fakt, po śmierci męża dostaliśmy pieniądze od burmistrza i z ZUS-u, ale i tak nam się nie przelewa. Gdyby mąż żył, nasza sytuacja finansowa na pewno wyglądałaby inaczej… Całus na wieczne pożegnanie Sabina i Janusz poznali się, kiedy ona miała 16 lat, on był o rok starszy. Mieszkali w sąsiednich wioskach, spotkali się na sobotniej dyskotece. Chodzili ze sobą przez cztery lata. Gdy on odsłużył wojsko, a ona skończyła ogólniak, postanowili się pobrać. Zamieszkali na parterze domu rodziców panny młodej. Rok później urodziła się Klaudusia. – Tak nam było dobrze razem – wspomina Sabina. – Po pracy mąż bardzo mi pomagał przy dziecku, zmieniał pieluchy, prasował ubranka. Pracował w sąsiedniej wsi, w firmie produkującej paszę dla zwierząt. O, właśnie teraz wracałby z pracy – Sabina spogląda na zegarek, który wskazuje A zaraz potem odruchowo zerka za okno. – Od czasu, gdy zginął, upłynęło już półtora roku, a ja ciągle łapię się na tym, że czekam na niego jak kiedyś – kręci głową. – Tak bardzo mi go brakuje… Firma Janusza produkowała paszę dla gołębi. Co roku jeździli do Katowic na targi hodowców tych ptaków, aby zaprezentować swoje produkty. Mąż Sabiny zawsze był w tej delegacji. To był jego piąty czy szósty wyjazd. Targi, jak zwykle, trwały od piątku do niedzieli. – Od nas do Katowic nie jest daleko, w piątek wieczorem Janusz wrócił do domu. Wolał przenocować z nami. W sobotę rano pojechał z powrotem. Jak zawsze objął mnie i pocałował na do widzenia. Nie wiedziałam, że było to pożegnanie na zawsze… Nie płacz, mamusiu, tatuś jest w niebie Parę godzin później ktoś ze znajomych zadzwonił do niej i powiedział: włącz telewizor, mówią, że w Chorzowie zawaliła się hala, w której odbywały się targi gołębi. „W Chorzowie? Całe szczęście, że Janusz pojechał do Katowic, a nie do Chorzowa” – pomyślała Sabina z ulgą. Szybko jednak zorientowała się, że chodzi o tę samą halę… – Jakby mnie sparaliżowało – wspomina Sabina. – Czułam, że serce podchodzi mi do gardła. Ręce tak mi się trzęsły, że nie mogłam nawet wystukać numeru męża na telefonie. Jeden sygnał, drugi, trzeci, dziesiąty – Janusz nie odbierał telefonu. – Łudziłam się, że może zgubił gdzieś aparat, jak uciekał – oczy Sabiny wypełniają się łzami. Niestety, wieści płynące z telewizora były coraz bardziej dramatyczne. Sabina zadzwoniła pod podane na ekranie numery telefonów, jednak nikt nie potrafił udzielić jej informacji o mężu. Dzwoniła więc do jego kolegów z pracy, którzy razem z nim byli na targach. Też nikt go nie widział. W jej domu zebrała się cała rodzina Janusza: rodzice, rodzeństwo, kuzyni. Wszyscy czekali na wieści. Atmosfera była tak napięta, że do wybuchu wystarczyła jedna iskra. Tą iskrą był telefon od znajomego Janusza: niestety, nie żyje – te słowa Sabina zapamięta do końca życia. W domu zapanował jeden wielki płacz. – W tym oczekiwaniu uczestniczyła też nasza córka – wspomina Sabina. – Zadziwiła mnie swoją dojrzałością. Gdy zalewałam się łzami, to ona mnie przytuliła. – Nie płacz, mamusiu, tatuś przecież jest teraz w niebie i jest mu dobrze – pocieszała cienkim dziecięcym plany i marzenia Pogrzeb Janusza odbył się trzy dni po katastrofie. Przyszło mnóstwo ludzi. Wiele kobiet płakało. Nawet wśród tych, które Janusza i rodzinę Sieprawskich znały tylko z widzenia... – Mieliśmy tyle planów: remont domu, wczasy nad morzem, wycieczka w Tatry – wylicza Sabina. – Janusz kochał podróże. Opowiadał Klaudusi, że kiedy pojedziemy nad morze, to będą razem przeskakiwać przez fale. No i koniecznie chcieliśmy mieć jeszcze dziecko. Przynajmniej jedno, a może i więcej… – uśmiecha się. Niestety, nagła śmierć Janusza pod gruzami hali targowej przekreśliła całe ich szczęście, marzenia, plany. – Został tylko żal, tęsknota i codzienne, niełatwe życie – mówi Sabina. – W dzień zawsze jest coś do zrobienia i człowiek nie ma czasu na rozmyślania, ale potem przychodzi noc… Żeby zabić uczucie pustki, Sabina często wraca myślami do chwil, gdy byli całą rodziną w komplecie. – Janusz uwielbiał łowić ryby – opowiada. – Jak tylko miał wolną chwilę, zabierał mnie i Klaudusię nad wodę. My miałyśmy wspaniały piknik, a on był w swoim żywiole. Łowił te ryby, smażył. Żartowaliśmy nieraz, że może kiedyś złowi złotą rybkę i ona spełni nasze życzenia – Sabina uśmiecha się do wspomnień. – Ach, gdybym tak teraz złowiła złotą rybkę… – dodaje. – Miałabym do niej tylko jedno jedyne życzenie: żeby mąż znowu był z nami. Oddałabym za to wszystko inne...Monika Wilczyńska
Brytyjczyk Aiden Asling walczył po stronie ukraińskiej. Został schwytany i skazany na karę śmierci w samozwańczej Donieckiej Republice Ludowej. Aslinga zmuszono do śpiewania rosyjskiego hymnu. Wideo, które krąży po sieci, pochodzi z rosyjskiej telewizji. W wojnie w Ukrainie, głównie po stronie Kijowa, walczy wielu cudzoziemców. Na początku czerwca sąd w tzw. Donieckiej Republice Ludowej skazał na karę śmierci dwóch Brytyjczyków i Marokańczyka za to, że walczyli po stronie Ukrainy. Skazani to Shaun Pinner i Aiden Aslin oraz Brahim Saadoun. O rozpoczęciu "procesu" prorosyjscy bojownicy z Donbasu powiadomili 7 czerwca. Według brytyjskich mediów Brytyjczycy poddali się w połowie kwietnia w Mariupolu, na południowym wschodzie Ukrainy, a następnie byli przetrzymywani w niewoli przez prorosyjskich separatystów. Obaj Brytyjczycy z powodów osobistych są od kilku lat związani z Ukrainą. Aslin miał wkrótce poślubić ukraińską narzeczoną, z którą od kilku lat mieszkał w Ukrainie. Brytyjczycy walczyli w regularnych siłach zbrojnych tego kraju, zatem - jak podkreśla brytyjski rząd - powinni być traktowani jako jeńcy wojenni. Skazany na śmierć przez rozstrzelanieMimo tego Aslin został skazany na karę śmierci poprzez rozstrzelanie i obecnie przebywa w więziennej celi, czekając na wykonanie wyroku. W sieci pojawiło się nagranie, jak Brytyjczyk śpiewa hymn Federacji to fragment wywiadu, który miał przeprowadzić ze skazanym John Dougan. Jest to były policjant z USA, który obecnie przebywa w Rosji jako zbieg. Jest poszukiwany przez FBI. Dougan jest znany z tego, że wspiera Władimira Putina i jest narzędziem rosyjskiej propagandy. Wywiad został wyemitowany w całości w rosyjskiej upublicznionym nagraniu widać, jak Dougan uśmiecha się, podczas gdy Aslin śpiewa rosyjski hymn. Opublikowane wideo jest dowodem, że Aslin mimo wyroku śmierci wciąż
kiedy śmierć się uśmiecha